Unormowanej sytuacji ciąg dalszy – nagły zwrot.

I państwo bardzo nie wiedzą, czy aby na lepsze, albowiem dosłownie dwie godziny przed planowaną operacją Mopkowej przepukliny znalazły się właścicielki. I gdyby pańcia wiedziała, co będzie dalej…! To by zełgała, że pies już na stole operacyjnym. No, ale nie przewidziała dalszego rozwoju sytuacji. Właścicielki – mamunia z tych stanowczych i wiedzących lepiej i stłamszona trochę panna w wieku studenckim, oświadczyły stanowczo, że mowy nie ma o operacji, bo ich wet mówi, że pies może jej nie przeżyć. Ciekawe. Mopek oczywiście miał zrobione wszystkie badania, i żadna z trzech wetek nie stwierdziła przeciwwskazań. Pańcio w ogóle powątpiewa, czy one bywają u weta, bo za wszystko chciały mu zwrócić 30 złotych, co dość jasno wskazuje, że nie mają zielonego pojęcia, ile kosztuje pakiet badań plus zastrzyki z antybiotyku. Tak czy siak pies szalenie się na ich widok ucieszył, zareagował na imię Nypeć prawidłowo i w ogóle był już przez telefon przez panie opisany, więc po trudnych i bezowocnych negocjacjach (pańcio chciał je zabrać do naszej przychodni, by porozmawiały z naszymi wetami) państwo byli zmuszeni psa zwrócić.
Tak, chodzenie na spacer z siedmioma psami było dość hardkorowe, nawet w trzy osoby. Tak, pies właził do łóżka, powodując konflikty z Abelardzikiem, protestował przeciwko deptaniu przez Lucka, co także stwarzało sytuacje pełne wściekłego warczenia no i co dwa dni trzeba było mu opróżniać tę przepuklinową kieszonkę, całe szczęście, że pańcia jest mało wrażliwa na takie rzeczy i już za drugim razem czyściła psa sprawnie, a Junior równie zręcznie go trzymał.
Ale mimo wszystko państwu było przykro. Państwo zdecydowanie nie nadają się na dom tymczasowy.
Mnie też trochę tego szurpatego brakuje.


No dobrze, to teraz wróćmy do Głuptaka-Morusa-Dzidka-Morwy, a ostatecznie chyba jednak po prostu Lucyfera (państwo z tego miejsca serdecznie dziękują proboszczowi parafii w Magdalence za podrzucenie pomysłu. Naprawdę, imię, które oznacza „Niosący Światło” jest bardzo piękne, c’ne?) I jakże pasuje do naszego pieseła z piekła rodem.


Miał przyjechać już jakoś latem, ale nie dało się go wyrwać pewnemu milutkiemu pijaczkowi psychopacie, który karmił go surowymi obierkami i od czasu do czasu okładał szpadlem. Sąsiadka pijaczka jest koleżanką pańciowej znajomej z kociego forum, zresztą większość Publisi chyba zna kulisy sprawy, w każdym razie, w tamtą brzemienną skutki niedzielę, pijaczynek znienacka się zgodził psa oddać. No i pies późnym wieczorem do nas przyjechał.
Przyznaję, pierwszy tydzień był cholernie nerwowy i męczący. Pies, zaczepiony na łańcuchu, wydostał się nie tylko z ciasnej obroży ale i z ciasnych szelek i poszedł w siną dal. Państwo pamiętni afery z Borysem od razu dostali zawału, pańcio nawet chwilowo porzucił pracę i objeżdżal okolicę autem, jak się potem okazało, bez sensu. Nieoceniona Neigh wrzuciła natychmiast ogłoszenia na fb. Pańcia w robocie zarobiona po kokardy nawet nie miała siły się zdenerwować. We wtorek, właściwie już w nocy pies się znalazł, przelazł cholernik obie ruchliwe jezdnie Patriotów i tory kolejowe, tam go znaleźli jacyś młodzi ludzie. Neigh wyrwała pańcię ze snu po raz pierwszy. Pańcio pojechał, psa odebrał i teraz nastąpi ciąg wydarzeń na zmianę pechowych i szczęśliwych, a to wszystko w ciągu pół godziny.
Państwo uradzili, by tym razem psa zamknąć w garażu. Umościli mu posłanie, dali wodę, chrupy i pańcia poszła spać. Natomiast pańcio zorientował się po kilku minutach, że nie ma kluczy, więc poszedł do garażu by ich poszukać. Na szczęście, bo dzięki temu odkrył, że drzwi garażowe są otwarte i psa nie ma.
Wyrwana telefonem po raz drugi ze snu pańcia powiedziała, że kurwa, niemożliwe i nich ją wszyscy pocałują w dupę, bo ona za trzy godziny musi wstać do pracy. Ona tych drzwi nie potrafi otworzyć, co dopiero pies, więc niech się pańcio nie wygłupia. I zasnęła w ułamku sekundy.
Na szczęście pańcio złapał latarkę i poleciał psa szukać. Zdolne zwierzę zdążyło już pokonać ogrodzenie i latało po lesie na tyłach działki.
Wyrwana telefonem ze snu po raz trzeci… albowiem pańcio kluczy nie znalazł i nie miał jak otworzyć furtki… już bez słowa wstała, wzięła klucze, i obie popędziłyśmy na pomoc. Obława po lesie trwała jakiś czas, na szczęście ten głupek był bardzo mną zainteresowany, a ja zręcznie go podprowadziłam do furtki, i jak już wbiegł za mną, to było po sprawie. Po raz kolejny państwo stanęli z psem w garażu i uradzili, że by czarny łobuz nie zwiał po raz kolejny, trzeba go ponownie zaczepić na łańcuch, do łańcucha z drugiej strony przyczepili obie sztangi Juniora, jakieś kilkaset kilo. Ponadto pańcio podjechał samochodem i oparł go o drzwi z zewnątrz.
Tak, tym razem pies nie dał rady wyjść, za to udało mu się przemeblować garaż. Prawdę mówiąc, słowo „totalna demolka” oddaje doskonale sedno rzeczy. Państwo (plus Junior) ustalili grafik dyżurów i pies po prostu zamieszkał w domu. Samochód zamieszkał na dworze, bo w garażu nijak nie dało się go zmieścić. Przynajmniej przez kilka kolejnych dni, kiedy pańcio szukał kluczy, robiąc jeszcze większy bałagan.
Odwiedziliśmy weta, ustaliliśmy termin urżnięcia nabiału, zaszczepiliśmy psa na wszystko, dostał tabletkę na kleszcze i pchły, pobraliśmy krew na kompleksowe badania i tam właśnie, w gabinecie, doktor Julita zapoczątkowała całą historię psiego imienia. Bo jak wyjmowała mu mordę z miski ze swoją zupą, to użyła sformułowania „Ej, ty głuptaku” Pańcia natychmiast sprawdziła w necie, że po łacinie głuptak to Morus bassanus. Pańcio się zachwycił i tak zostało wpisane do książeczki. Ani pańcia, ani Junior się nie zachwycili. Junior używał imienia Dzidek, nie mam pojęcia dlaczego, natomiast pańcia poszła na kompromis i wołała per Morwa. Aż po kilku dniach, trochę dzięki tej aferce z Wi-Fi w Magdalence jakoś doszliśmy do Lucyfera. Zdrobniale Lucek.
Wczoraj elementy rozrywkowe, jak by powiedziała Gossam zostały urwane i teraz Luc chodzi w kaftanie i kloszu.

I bez klosza, jako Demoniszcze Chaosu potrafił jednym ruchem ogona posprzątać wszystko na stole, z wytarciem kurzu włącznie. Teraz to po prostu ratuj się, kto może.
Gdzieś w tym wszystkim odbyła się Wigilia u Młodych i podobno święta jakieś, Niespodziewany Nowy Lokator już do nas jedzie z Niemiec – Carmen, spokojnie, tym razem to była inicjatywa pańcia, więc zawał mu nie grozi. Różne meble i pudła stoją w różnych miejscach, absolutnie nie do tego przeznaczonych, a na dodatek pańcia akurat teraz znalazła sobie nowe, idiotyczne hobby…
Ale o tym wszystkim następnym razem.
Acha, a kluczy jak nie było, tak nie ma.

Zaszufladkowano do kategorii Ziemniaczane Muffinki | Otagowano , | 9 komentarzy

Ziemniaczane muffinki o tym jak wygląda unormowana sytuacja. (Wersja państwa)

Otóż, unormowana sytuacja wygląda tak:

Sytuacja biegała po parkingu przy Lidlu, w którym pańcio, na swoje nieszczęście kupował spód do pizzy. Sytuacja ma jajca (oczywiście!) i wielkiego guza na dupce. Guz okazał się przepukliną, z której zostało wydobyte kilo tego, no, produktu przemiany materii. Operacja przepukliny i jajek tego samego dnia, co operacja jajek Demoniszcza.
Spodziewamy się jeszcze jednego lokatora, tym razem planowanego, ale ma to być niespodzianka, więc o tym napiszemy później. W związku z owym planowym zagęszczeniem dom państwa wygląda jakby przeszedł po nim tajfun. Albowiem zagęszczenie wymaga gruntownych przemeblowań. Jedyne mniej więcej spokojne i uporządkowane miejsce to sypialnia, albowiem pańcia broni do niej dostępu jak niepodległości. Pańcio został zmuszony do wyrżnięcia stosownej dziury i do środka mogą cyrkulować wyłącznie małe psy i koty.
Włącznie z nowym, ochrzczonym jako Mopek.
Mopek jak na dziesięcioletniego staruszka ma sporo energii, ale gwałci wyłącznie swoje posłanko. Już kocha pańcię i pańcia też i bez pardonu lokuje im się na kolanach, jak tylko gdzieś usiądą. A dziś w nocy zameldował się w pańciowym łożu. Abelard tak się zdziwił, że nawet nic nie powiedział. Innymi słowy, psinka jest zadomowiona.


Kończę, bo w tym wszystkim pańcia (która pracuje i 23 i 24) robi wigilijne pierogi i pakuje prezenty, a ja jej pomagam…

Zaszufladkowano do kategorii Witamy na pokładzie | Otagowano | 5 komentarzy

Witamy na pokładzie znienacka! Na razie witamy wstępnie.

Albowiem znienacek jest u nas od niedzieli wieczór, a już zdążył kilka razy nas zadziwić, kilka razy przyprawić o zawał, dwa razy uciec (i dwa razy się odnaleźć), zdemolować garaż i w ogóle mamy wrażenie, że zamieszkało z nami nadnaturalnie silne, trzyletnie dziecko z ADHD, którego ani na sekundę nie można spuścić z oczu. Wiem coś o tym, bo Młody był taki.
Z tym, że Młody nie ciągnął na spacerach, nie miał pcheł ani kleszczy i nie wył po nocach. No i dostał swoje dwa imiona bez większych kłótni między rodzicami i starszym bratem. I, ekhem, nie usiłował zgwałcić wszystkiego co się rusza i na drzewo nie ucieka.
Publisia wybaczy, ale szerszy opis całej historii nastąpi jak sytuacja się choć odrobinę unormuje.
A oto demon chaosu i zniszczenia. No i seksu. Czarny, oczywiście.
Oczywiście!


Jak widać, Ramzes nie jest zachwycony. Chyba nie jest gejem.

Jest tak wściekle ruchliwy, że zdjęcia mu robić to orka na ugorze. Chyba, że akurat postanowił się zdrzemnąć.
Pańcia oczekuje na słowa wsparcia, bo pańcio wciąż się zastanawia, czy nie urwać jej łba. Wiecie, on myślał, że to będzie takie coś jak Bulwieć. W sensie, takie nieduże. Pańcia wiedziała, że będzie spore, ale skąd mogła wiedzieć, że to się okaże takie demoniszcze…?

Zaszufladkowano do kategorii Witamy na pokładzie | Otagowano | 9 komentarzy

No dobra, nie unikniecie miliona zdjęć pańciowej wnuczki

która, oczywiście jest szalenie mądra i inteligentna i grzeczna i w ogóle. Napisałabym jeszcze, że także śliczna, ale fakt, że wszyscy twierdzą, że jest podobna do mnie, jakoś mnie wstrzymuje. Nigdy się w dzieciństwie i wczesnej nastolatkowości nie czułam, hm, śliczna. Więc wyczuwam tu jakiś dysonans poznawczy.
W każdym razie spędziłam z Emmą większość soboty i obie przeżyłyśmy. Naprawdę, sukces.
Oglądałyśmy świnkę Pepę (oesu, z całym szacunkiem dla twórców, ale gdzie te świnki mają oczy? I ile? Dwie pary, jedną po lewej stronie pyszczka, a drugą po prawej…?)
… a także serial o wolnym mustangu Duchu. Nie cały, oczywiście. Poza tym uśpiłyśmy wszystkie bejbi, babcia nauczyła się obsługi nocnika (tak, tak, teraz kurde nocniki są zaiste wypasione i wieloczęściowe. Łaskaboska, że nie na pilota, ale wszystko przed nami) a Emma osobiście ugotowała dla babci zupę z klocków. Biedne dziecko doznało też wstrząsu na widok babci pożerającej pora z zupy (prawdziwej) Chyba uważa to za coś niejadalnego.





Ten strój i sztuczny warkocz to jest rozumiecie Elsa z krainy lodu. Emma jest prawdziwą fanką Elsy i już oczywiście była w kinie na Frozen II. Cholerni twórcy kompletnie nie przemyśleli jednej sceny. Mianowicie tej, w której Elsa energicznym ruchem rozplata warkocz i dalej zasuwa w rozpuszczonych włosach. Jasną jest rzeczą, że od tego czasu Emma życzy sobie chodzić w tej samej fryzurze. O ile podczas walki frozenballami to może wygląda owszem efektownie, to w codziennym życiu młodej damy niekoniecznie jest praktyczne.
Bonus – Emma na mustangu. Mustang ma bagażnik z tyłu, znaczy się jest koniem bagażowym, nie?

Zaszufladkowano do kategorii Emma | Otagowano | 3 komentarze

Zaległe zaginięcie Abelardzika.

Otóż zadzwoniła moja niepiśmienna czytelniczka i przypomniała, że nie opisałam tej Strasznej Historii zaginięcia Abelarda. No owszem, nie opisałam, albowiem zorientowałam się, że nawet po dłuższym czasie wcale nie jest mi do śmiechu. Że to by było najgorsze, co mogłoby być, gdyby się zgubił serio i że wcale nie mam ochoty o tym opowiadać wesolutko. Pewnie, że musiałam wyglądać zabawnie, biegając po ciemnym lesie z gołymi nogami, wystającymi ze śniegowców, w kurtce na piżamie, wołając psa, który jest i tak głuchy… A wszystko to ciemną, śnieżną nocą. O pierwszej wróciłam do domu, przemarznięta jak ostatni bałwan, wlazłam do łóżka i ponieważ małżonek wciąż latał po okolicy, pozwoliłam sobie się rozkleić. Chlipałam tak sobie i chlipałam, aż Max wrócił do domu i po raz kolejny zapytał, czy wszędzie w domu sprawdzałam. No pewnie, że sprawdzałam, i to po kilka razy, miedzy innymi do garażu wchodziłam cztery razy.
Max poszedł po raz piąty i po chwili usłyszałam jak pędzi na górę, wydając okrzyki jak najgorzej oceniające moją bystrość.
Wpadł do sypialni i wcisnął mi Abelarda w objęcia, powodując totalną fontannę łez, tym razem z radości.
Co się okazało?
Otóż Abelardzik wbiegł do garażu, jak coś stamtąd brałam, a ponieważ tam stoi kredens z zapasami różnych rzeczy, to wchodzę do garażu przynajmniej kilka razy dziennie. Najwyraźniej nie zauważyłam, a synuś, zazwyczaj tak hałaśliwy, to jeżeli jest gdzieś zamknięty – milczy kompletnie.
Ponieważ długo nikt po niego nie przychodził, pies uznał, że pójdzie spać i ułożył się jak raz dokładnie za prawym przednim kołem samochodu. Za każdym razem się schylałam i sprawdzałam, czy go pod samochodem nie ma, ale koło psa dokładnie zasłaniało. A nie dość, że głuchy to jeszcze spokojnie zasnął i nie widział zapalanego za każdym razem światła…


Czasem nie jest łatwo dzielić łoże z synusiem…

Bo robi z człowieka kobietę z brodą…

Ale ogólnie nie umiemy bez siebie spać…



Bardzo się kochamy, synuś i ja.

PS. Zdjęcia są robione telefonem i ni uja nie wiem, dlaczego są różnej wielkości.

Zaszufladkowano do kategorii Pańcia osobiście | Otagowano | 2 komentarze

Dziś fotostory jak państwo się uku..ukultora… ukurtu… ukur… kurwa…

Abelardzik (z lekkim niesmakiem) – Mufa, przejmujesz od państwa najgorsze cechy!
Mufka (z godnością) – to sam to powiedz.
Abelard (lekceważąco) – państwo udali się na koncert w celu podniesienia poziomu kultury i z powodów sentymentalnych.
Mufka – …
… Mufka – szacun.
Otóż w istocie państwo się udali na koncert, trochę tak znienacka, bo jak się kupiło bilety prawie rok temu, to serio można było zapomnieć, że się miało pójść. Na szczęście pańcio był czujny.
Natomiast pańci sie wydawało, że pańcio te bilety kupił tym razem rozsądnie i w oparciu o doświadczenia z koncertu Petera Gabriela, kiedy to pańcia nie widziała kompletnie nic, bo nawet telebimy jej zasłaniali. Mieli wtedy miejsca stojące na tzw płycie. Teraz pańcia stanowczo zażądała miejsc siedzących, mając nadzieję, iż jest oczywistym, że owe miejsca będą na trybunach.
Niestety. Okazało się, że państwo siedzą, owszem, ale na płycie, na składanych plastikowych krzesełkach z chudziutkimi nóżkami. Zespół wkroczył na scenę, zaczął „Take on me”, ludzie się zerwali z miejsc i było pozamiatane. Gdyby jeszcze panna przed pańcią tańczyła w pionie, a nie miotała się na boki…
Zdjęcia uprzejmie zrobił kolega z lewej, Najmłodszy wchłonął trochę historii z życia tatki, a pańcio kupił sobie drogą, ale piękną bluzę z logo.
I został zbesztany za wybór miejsc.
Publisia lubi A-ha?



PS. To był pierwszy koncert, w którym była półgodzinna przerwa. Państwo najpierw się trochę zdumieli, ale potem uświadomili sobie, że muzycy wszak są już po sześćdziesiątce… W Mortenie pańcia się wręcz kochała już w latach osiemdziesiątych. Kurde, jak to było dawno, ała.

Zaszufladkowano do kategorii Ziemniaczane Muffinki | Otagowano | 2 komentarze

Jakieś fotki chciałam dodać. Tak bez trybu. Znaczy, okazji.

Czy pańcia nadmieniała już, że w Merit wstępuje demon? Pańcio twierdzi, że raczej szejtan, z czym zgadza się Junior, bo według niego demon wstępuje w Abelardzika za każdym razem, jak usiłuje się porozumieć z rodzoną matką na piętrze.
Szejtan w Merit objawia się tym, że odmawia wejścia do domu. Szczególnie wieczorem. Barykaduje się w budzie i ni cholery jej stamtąd wydłubać. Pańcia bardzo sobie nie życzy, by Merit nocowała na dworze, albowiem ujada. Pańcia się od tego ujadania budzi i złości. Pańci nie budzą ujadania psów sąsiadów, psy sąsiadów ma w nosie, ale Merit budzi ją bez pudła, co jest bardzo wkur..jące zwłaszcza, jak pańcia musi wstać o 4.25. Pańcio teraz podjął jakieś bardzo radykalne kroki i Merit udaje się ściągnąć do domu.
Cóż, dobrze czytacie. Wilczy apartmą stoi głównie pustką a budy niejako się marnują. A zaczęło się to od tej plagi komarów i upałów, państwo nie mieli sumienia zostawiać psów na pastwę krwiożerczych potworków.
I teraz wilcy uprawiają spanie synchroniczne

Mamy w domu też inne demony. Powiedzmy – demonki.

A, jeszcze chciałam powiedzieć, że Junior dostaje dziwne prezenty! Doprawdy dziwne! Razem z pańcią ubrali mnie w to, twierdząc, że wszak jakiś halołin, czy coś takiego…

To podobno ma być upiorna pielęgniarka. Nie byłam zachwycona, co to, to nie!

Zaszufladkowano do kategorii Ziemniaczane puree | Otagowano , | 1 komentarz

W razie, gdyby ktoś się stęsknił za Gienkiem.

Osobiście cierpię na nadmiar Gienka. Rozważam noszenie go w plecaku. Albo w chuście.


Babo, wą z temi fotkamy!

I jeszcze marudzi. Prych.

Zaszufladkowano do kategorii Pańcia osobiście | Otagowano | 5 komentarzy

Ziemniaczane Muffinki, czyli rzecz o wronach.

Ostatnio pańcia wychodząc z pracy, spotkała swoją wierną czytelniczkę. Wierną, ale niepiśmienną, niestety. Znaczy, czytać umi, ale pisać najwyraźniej nie.
„Co w ogóle nie piszesz, co?” – zapytała dziarsko, nie żeby z pretensją, raczej z życzliwą troską. A pańcia uświadomiła sobie, że nie pisze, bo jest zmęczona. I że to jest już tak idiotyczne, że szok. Dopiero co była u ulubionego pana doktora, ale najwyraźniej na zmęczenie nie ma lekarstwa.
No, ale żeby nie było, że pańcia strasznie się zaniedbuje – to znaczy, owszem, zaniedbuje, bo się dzieją różne rzeczy, Abelardzik jakby chory, Merit opanowuje demon, Racuch się napierdala z Kociołem, aż wióry lecą, znienacka nadszedł termin koncertu A-ha – jak się kupiło bilety rok wcześniej to serio można zapomnieć, nie? i jeszcze kolejne zlecone badania i teść Młodego znowu w szpitalu… Więc druga babcia ma urwanie głowy i Pańcia została rzucona na głęboką wodę i spędziła z Emmą pół soboty, jak rodzice dzieciątka musieli udać się do swoich prac.
Ale opowiemy o tym wszystkim i jeszcze trochę jak pańci uda się zdjęcia obrobić, a dziś opowiastka o wronach.
Otóż, pańcia lubi wrony. (A nie przepada za sójkami i srokami) I co rano idzie do pracy przejściem obok wydziału fizyki a tam koczuje wrona ze zwichniętym skrzydełkiem. Pańcia ją poznała przez panią z labradorem Biszkoptem – pańcia oczywiście zna wszystkich, którzy tam chodzą z psami do parku. Wrona mimo wady skrzydła radzi sobie dobrze, jest w stanie podfrunąć na tyle, by nie skończyć jako obiad jakiegoś kota. Pani od Biszkopta dokarmiała Skrzydełko, no i pańcia też zawsze miała dla Skrzydełka orzeszek.
Jednakowoż w końcu reszta mieszkających w parku wron skapnęła się, że kilka razy w tygodniu przed siódmą rano pojawia się podajnik orzeszków. No i widok teraz jest taki, że pańcia kroczy do pracy a za nią leci chmura wron, a te ambitniejsze biegną za nią na piechotę. Pańcia przynosi coraz więcej orzeszków, a z braku takich ilości nawet i suchy chleb, żeby każda wrona dostała coś na ząb. Na dziób. Najbardziej pańcię bawi taka jedna, młoda jeszcze i trochę chyba durnowata, bo pędzi koło pańci na piechotę, łapie orzeszka, czy cokolwiek innego i zamiast odlecieć i zjeść, jak to robią te rozsądniejsze, to usiłuje złapać drugiego orzecha, pierwszy wypada jej z dzioba, łapie go inna wrona, młodziak zasuwa więc za pańcią dalej. Czasem nawet posuwa się do ochrzaniania pańci oburzonym krakaniem.
I wszystko pięknie-ładnie, ale w każdym stadzie, oprócz wiejskiego głupka jest ten mądry. Tym razem trafił się jakiś wroni Elon Musk, psiakostka i jeszcze w październiku dodał dwa do dwóch i wnioskami natychmiast podzielił się z resztą. „Eeee! koleżanki i koledzy, wiecie co odkryłem? Że podajnik orzeszków nie tylko rano idzie na wschód, ale po południu też idzie, tylko, że na zachód!Na pewno ma kolejną porcję orzeszków!”
Po południu oczywiście jest dużo więcej ludzi, więc pańcię nagabują tylko te odważniejsze, ale cóż było zrobić? Pańcia zrobiła w pracy zapasy orzeszków (które przynosi jej koleżanka) i suchego chleba, który donosi większość pracowników, i odprowadzana w asyście mniejszego stada, skarmia wrony także po południu…

Zaszufladkowano do kategorii Ziemniaczane Muffinki | Otagowano | 3 komentarze

Rozmowy na dwie głowy, czyli dociekliwy wyborca, czyli co tam w sumie, panie sumie?

Pańcia i Junior wędrują do domu. Na płocie wisi plakat wyborczy pewnego młodzieńca. Młodzieniec ma bujne loki do pasa, co rzecz jasna sprawiło, że pańcia zadała sobie trochę trudu i sprawdziła go w internecie.
Pańcia (ruchem brody wskazując na plakat) – Widziałeś? Ja go obejrzałam w całości w necie. Niezłe ciacho, a te włosy mu potrzebne…
Junior (obrzuca plakat pobieżnym spojrzeniem) – No widzę. Raczej dalekie miejsce. I co z nim…?
Pańcia (w zamyśleniu) – Musi mieć taką fryzurę na Mimblę, bo jest tym, no, sumem.
J (przyzwyczajony do mamuni skojarzeń, więc bez większego zdziwienia) – Sumem. Aha.
P (z odrobiną zniecierpliwienia) – No, wiesz. No yyy, sumistą?
J (wysila wszystkie szare komórki by jakoś połączyć Mimblę z sumem. Chwilę to trwa, ale w końcu się udaje, bo Junior interesował się swego czasu Japonią)
J… – czy chciałaś powiedzieć – Jest zawodnikiem sumo?
P (ucieszona) – ooo, no właśnie!

Zaszufladkowano do kategorii Rozmowy na dwie głowy | Otagowano | 2 komentarze